Poniżej zapiski 1:1 przesłane przez Kasię lat 41, z która miałem okazję rozmawiać. Do zapisków niczego nie dodaje i nic nie poprawiam, także tytuł jest autorstwa autorki he he.

Relacje są “Wasze” ja tylko udostępniam miejsce poszczącym świrom 😀

Masz swoje zapiski podziel się z innymi na naszej stronie. Ściskam Was świry 😀

Dzień 1 postu

04.01.2020 Dzień 1

Nie spałam dziś w nocy. Nie dlatego, że nie mogłam, raczej nie chciałam. Wczoraj wieczorem wrzuciłam post na grupie i nie spodziewałam się tak licznych komentarzy, a z grzeczności chciałam odpisać każdemu. Kurczę….

Sporo postanowień ostatnio w tym poszukiwaniu siebie. Tak. Muszę siebie odszukać, bo ledwie siebie pamiętam taką…no właśnie taką żywą.Ja Katarzyna lat 41 jeszcze , matka trzech i ani jednej wyruszam na poszukiwania. Pięć lat cholerstwa to trochę dużo, z czego trzy ostatnie to masakra. Uszkodzony kręgosłup szyjny, problemy trawienne, jelita (luzne tłuste stolce, gazy i wzdęcia) problemy skórne, apatia, ciągłe zmęczenie, zimno, bezsenność, bolesne i paskudne miesiączki, depresja. Oto czym jestem bo przecież nie “kim”. KATARZYNOOOOO!!!! GDZIE JESTEŚ!!!!!????? Rozmyślam od czego to się właściwie zaczęło. Mniej więcej 5 może sześć lat temu pod oczami pojawiły się kępki żółte. Wyniki nic nie pokazały. W tym też czasie odstawiałam tabletki antykoncepcyjne które brałam jakieś 11 lat. Miałam też ogromne problemy osobiste, duży stres, więc….dużo powodów do zmian. Trzy lata temu kolejne uszkodzenie kręgosłupa, wypadek w pracy. Od tamtego czasu nie pracuję i choć kręgosłup miewał się lepiej po pewnym czasie tak cała reszta poszła się pierdolić. Kolonoskopia, gastroskopia – życiowe porno! Tomografia komputerowa powłok brzusznych, wyniki na obecność pasożytów i w ogóle wyniki i nic. Nikt nie zdiagnozował. No cudowności same. Ach nie , znaleziono helikobakter, leczono i powiedziano, że wyleczono. Znaleziono też polip w macicy, uśpiono, wyskrobano, w dupę klepnięto i kazano już się nie martwić. Oj zapomniałabym. Kleszcz mnie pierdyknął 10 lat temu. Zdiagnozowano boreliozę, leczono i powiedziano, że wyleczono ale uj ich tam wie, bo wyniki mówią inaczej, znaczy mam, znaczy kilkia lat temu jeszcze miałam, przestałam sprawdzać z braku czasu i chyba uczucia, że jestem niezniszczalna.

Jakiś czas temu założyłam sobie, że teraz czas na głodówkę leczniczą. Sporo czytałam, szukałam informacji, motywowałam się. Co prawda od 28.10.19 jestem na surowym odżywianiu i bardzo dużo zmieniło się na lepsze, ale gdzieś wewnętrznie czuję, że coś nadal jest do zrobienia i powinnam. Mój żołądek ma się dużo lepiej po surowym jedzeniu przez tak długi czas, ale w jelitach są jeszcze bulgotania a chciałabym pozbyć się tego zupełnie. Co jeszcze? Liczę na to że zaprogramuję się na nowo, na lepsze i nie tylko pod względem fizycznym ale psychicznym również. Wierzę, mając na uwadze materiały z którymi się zapoznałam, że jest to absolutnie możliwe. Do dzieła zatem.

Wczorajszego wieczoru pomyślałam, że zrobię sobie prezent. Zadałam sobie pytanie czego najbardziej brakowało mi w ostatnich dwóch miesiącach w sensie jedzenia i postanowiłam zjeść akurat to. Jajecznica- a ponieważ nie miałam innego pieczywa to do niej powędrowała bułka kajzerka, taka zwykła z kaufa i dodatkowo czarna herbata lipton posłodzona cukrem trzcinowym. Jak coś w rodzaju ostatniej wieczerzy. Miałam myśli, że nie powinnam, że to nie jest mi do niczego potrzebne, z drugiej strony ta ciekawość, chęć….Zjadłam. Spodziewałam się efektu wow, tymczasem i bułka i jajecznica były raczej mierne w porównaniu do oczekiwań. Chyba nie było to tego warte. W moim żołądku był już obcy towarzysz w postaci zwykłej czekolady mlecznej Wawel. Nic specjalnego również ale na to miałam chętkę nie powiem. Nie działo się nic szczególnego. Mój żołądek chyba raczej zdziwiony takim obrotem spraw nawet nie miał śmiałości zaboleć, albo się bał, że do końca życia nic innego prócz warzyw i owoców mu nie zapodam. A może zwyczajnie pomyślał o mnie ” Ty popieprzona babo, w dupę sobie to wsadz! Brak słów!” Nie wiem….nie działo się raczej nic nadzwyczajnego. Co do wsadu w de…zrobiłam lewatywę, kurde przed tą jajecznicą. Chiałam czysto wejść w głodówkę no ale, cóż dziś lewatywa znowu więc wybaczam sobie.

Po ok 4 godzinach od ostatniej wieczerzy moja skóra zaczęła niemiłosiernie swędzieć. To było ciekawe. Zadrapałam swój brzuch praktycznie na amen. Skóra była czerwona jak ogień. Nie wiem już teraz czy to sprawka jajek ( wiejskie od moich rodziców) czy kauflandowskiej kajzerki. Herbatę wykluczam, bo od czasu do czasu piłam. I to w zasadzie tyle. Kiedy moja głowa ochłonęła nieco po konwersacji pod moim postem, kiedy zorientowałam się że już sporo po 4, zasnęłam.

Obudziłam się ok 12. Pierwsza myśl jaka mnie przywitała to :” Nic nie będziesz jadła przez minimum 10 dni” – w końcu takie mam założenie, choć dziś jeszcze nie wiem jak będzie. Zauważyałam że moje pachy są mokre, antyperspirantu nie używam już jakiś miesiąć. Nigdy nie miałam problemu z potliwością, a ostatnio to już w ogóle, więc mnie to zdziwiło.Myślę że ostatnia wieczerza miała na to decydujący wpływ.Może powinnam napisać z czym wychodzę by móc to potem porównać? Tak zrobię

1. Warzę 67 kg, przed postem owocowo warzywnym warzyłam 78 wzrost 178 więc nie jestem kulką

2. Mdłości ustały spory czas temu, żołądek nie bolał ani razu

3. Dwie miesiączki spokojne, lekko bolesne w pierwszych dniach, niezbyt krwawe ale ostatnia czyli 28.12.19 straszna. Obfite krwawienie, ból, skrzepy

4. brak wyprysków na twarzy w trakcie surowej diety.

5.Moj sen….nadal nie sypiam zbyt dobrze ale lepiej niz przed dietą

6. Paznokcie mocne, gładkie bez prążkowanych lini podłużnych

7. Wypróżniam się regularnie, zawsze rano i czasem jeszcze raz w ciągu dnia, ale gazy do tej pory utrzymywały się nie tak dokuczliwe jak przed dietą ale nadal

Nie wiem co dodać jeszcze, pewnie wyjdzie to w trakcie. Zamierzam opisywać każdy dzień. Teraz jest 15:00, nie czuję przejmującego głodu ale zjadłabym coś. Popijam przegotowaną wodę, ciepłą i chłodną, chyba chę się oszukać i myśleć że to mięta lub rumianek. Nie wiem. Staram się cały czas siebie zachęcać i chwalić, ustalam co będę robić jak złapie mnie kryzys. To dopiero pierwsze godziny. Resztę napiszę przed snem.

20:00

Nie jest tak zle…jakoś nie myślę obsesyjnie o jedzeniu choć zjadłabym coś. Robiąc sok synowi trochę mu zazdrościłam, najbardziej pomarańczy. Zrobiłam lewatywę a potem poleżałam w wannie z gorącą wodą.Nie wiem czy dobrze ale chciałam. Odpręża mnie to i karmi jeśli mogę tak powiedzieć. Przez cały dzień piję przegotowaną wodę. Wypiłam sporo jak na mnie ok 1,5 litra. Jestem trochę zmęczona ale to może być skutkiem nieprzespanej nocy. Zobaczymy jutro. Nadal wierzę ,że tego potrzebuję, że jest mi to potrzebne, to głodowanie.

Dzień 2 postu

05.01.2020 Dzień 2

Waga 66, czyli zleciał 1 kg mnie , dawnej mnie….Nie zasnęłam wczoraj wcześnie, już byłam tego bliska, ale w TV leciał Met Joe Black i tak mnie przywiązał do kanapy. Oglądałam już nie raz, wczoraj miałam “smaczek” na ten właśnie film. Senność minęła kiedy się skończył, położyłam się i sięgnęłam po książkę, niezbyt ciekawa jak na razie, ale gdzieś przeczytałam, że czytanie w łóżku ułatwia zasypianie. Nie ułatwiło. Zamiast tego trochę się wierciłam i gadałam z Bogiem. Serio z nim gadałam. Pytałam: “Pamiętasz te noce, kiedy płacząc mówiłam, że nie mam już sił? Tak bardzo prosiłam, żebyś wyszedł po mnie bo zgubiłam się w ciemnościach i nie potrafię Cię odszukać. Modliłam się nawet, ale nie czułam nawet grama Twojej obecności. Prosiłam jednak byś coś zrobił, wskazał mi drogę, udzielił rady. I wiesz co? Właśnie pomyślałam, że Ty teraz i wcześniej cały czas mnie prowadzisz. Dałeś mi w końcu świadomość tego, że nie jest dobrze, że powinnam coś pozmieniać, więc zmieniam. Cały czas wyobrażam sobie, że stoisz na mojej drodze, Twoje ramiona są otwarte, twarz masz promienną , spoglądasz na mnie z radością a ja biegnę do Ciebie jak do taty, bo przecież jesteś moim tatą, jedynym. Chroń mnie” Kurwa mać, nie mam pojęcia czemu tak religijnie mnie tchnęło….przecież…no dobra wierzę ale nie jestem skłonna do tego typu pogawędek. Ech…

Zasnęłam mniej więcej po tym monologu. Ranek i to nie wczesny bo obudzilam się ok 9:30 wydawał mi się podobny do tych kiedy jadłam. Pomyślałam, że głód mi się wyłączył bo go nie odczuwam. Nawet dumna z siebie byłam i pomyślałam czyście egoistycznie, że jestem jedną na milion i wchodzę w głodówkę jak w masło. Kurde, nie! Chyba ok 13:00 w moim żołądku uruchomił się wirnik. Wkurzało mnie to, jeszcze bardziej wkurzała mnie myśl, że chcę zapalić. Ach, no właśnie! Od dwuch miesięcy jem na surowo, cisnę soki, wyrzuciłam wszystko z wyjątkiem fajek. Fuck. Między innymi jednym z założeń postu wodnego było to, że rzucam . Ok, spaliłam dziś znacznie mniej, ale paliłam kurde!!!

Obsesyjnych myśli o jedzeniu nie mam, choć coś tam trzęsie się w czaszce np. co zjem jak wyjdę z głodówki, na co miałabym teraz ochotę itp. Przygotowując sok dla Maćka byłam trochę zazdrosna, że nie wypiję go ja, ale przeszło. W ogóle robiąc obied chłopakom byłam zazdrosna, ale tak zaciągałam nosem, że przez chwilę najadłam się zapachem. Po obiedzie pojechaliśmy nad morze. Miałam w planie spacer plażą, ale w moje plany ptaszki srają. Zimno i już bez słońca więc….do domu!!!!!!!!

Wodę piję cały czas. Dość długo gotuję ją w garnku. Nie chciałam wpierniczać się w ten rzekomo zdrowy płyn w postaci wody w plastikowych butelkach. Jakoś w to nie wierzę, nie od dziś.Puki co nie ma dramatu, nie przeszkadza mi jej smak. Miałam lekki ból głowy ale zelżał nieco, nie dokucza, za to w prawej części brzucha na wysokości biodra coś pobolewa głęboko, coś co mogłabym nawet zmaterializować i nazwać kulką, guzkiem, zgrubieniem, którego rzecz jasna nie wyczuwam pod palcami, ale myślę że takie może być. Boli jak się poruszam, jak chodzę. Jelita śpią, żadnego bulgotu, totalna cisza. Rano lekki wyrzut gazów,wypróżnienie i do teraz, a mamy już wieczór nic, cisza. Wyobrażam sobie jak śpią zwinięte w kłębek, uślinione w tym bezwładzie, ucieszone, że oto nareszcie mają czas odpocząć. Tak to widzę. Chyba tego brakowała mi przez ostatnie trzy lata, mojej jelitowej ciszy.

Nie wyglądam dziś tragicznie, choć oczy odrobinę pociemniały, ale nie spuchły jak przed surowym jedzeniem. Lewatywę dziś odpuszczam. Usłyszałam wewnętrzny głos :” do ust nie bierzesz( chodzi o nie jedzenie, bo taka święta to nie jestem)a w dupę byś chciała?! Poza tym kąpałaś się już! Daj spokój!”

Sporo myślę, np o słonym smaku w ustach, skąd się bierze? Dlaczego miewam czkawki? Szperam w necie. Myślę też o publikacji tego co piszę. Czy forma odpowiednia, czy treść zrozumiała i czy warto. Moja głowa wieczorem jest od zawsze bardziej produktywna w myśli. Jak po trawce….o tak….popalałam czasem kiedyś i zawsze obiecywałam sobie, że nagram moje wywody bo były takie syte, albo wydawało mi się że są. Teraz jest podobnie z tym, że to inne ujaranie.

Generalnie założenie jest takie, że zmieniam w zasadzie wszystko. Zaczęłam surowe odżywianie nie dlatego, że popadłam w jakąś modę na inność ale dlatego, że zwyczajnie zabrakło mi juz cierpliwości w poszukiwaniu lekarza, który w końcu zdiagnozuje mnie odpowiednio i zacznie leczyć zamiast mordować jeszcze bardziej. Tyle

Dzień 3 postu

06.01.2020 Dzień 3

Waga 65kg. Zmęczenie, albo też inaczej- osłabienie , czuję dziś intensywnie, trochę inaczej niż wczoraj, bo choć wczoraj też nie było rewelacji to dziś wyczuwalnie zwolniłam tempo. Guzdram się, snuję leniwie. Znowu nie zasnęłam w nocy tak jak chciałam. Było jakoś po drugiej, gdy spoglądałam na zegarek. Obudziałam się po 10:00. Czułam, że jest inaczej i że mój organizm musi się pozbyć balastu, więc lewatywę zrobiłam dość wcześnie. Było “tego” niewiele. Potem znowu siedziałam pod kocem na kanapie i piłam wodę, ciepłą tym razem. Gapiłam się na choinkę i naszło mnie, żeby ją wreszcie rozebrać. To było takie dziwne, czułam, że robię to w zwolnionym tempie, sapiąc i dysząc, ale jakoś się udało.

Nie skupiam się dziś zbyt dobrze. Troszkę spałam marznąc. Ten chłód jest potworny, bardzo przeszkadza. Nie miałam siły wstać po termofor. Fuuuucccckkkkk…….

Dzis pojawił się bół w brzuchu na wysokości biodra tyle że po lewej stronie. Idealnie symetryczny do tego z wczoraj i dokładnie tak samo to odczuwam- guz , zgrubienie głęboko w środku nie wyczuwalne pod palcami

Głód nie doskwiera mi tak jak wczoraj ale chyba nadal go czuję lub czuje go mój mózg, nie wiem. Kiedy spoglądam w lustro widzę czasem małą dziewczynkę, może dlatego że twarz robi się drobniejsza. Cała robię się drobniejsza. Topię się w bluzie Alka nie wiedząc czy mój syn jest tak wielki, czy to ja tak się kurczę . Nic już dziś chyba nie wymyślę, nie mam siły myśleć. Czuję się jak w kosmosie bez grawitacji. Mam potrzebę przespać całą noc. Zobaczymy. Acha mam dziwny oddech, nie potrafię opisać tego zapachu, nie jest to przyjemne.

Dzień 4 postu

07.01.2020 Dzień 4

Waga 64,1 kg. Wczesny poranek dziś. Zasnęłam sporo po 1:00, obudziłam się 6:05. Miałam cudowną myśl o tym, że dziś będę pełna energii, ale w końcu ja jestem ta jedna na sto. Ile trudu przyniosło mi umycie się i wysuszenie włosów. Boże. Było mi słabo, chwilę siedziałam przy otwartym oknie i łapałam zimne powietrze. Pomogło. Natychmiast dotarło do mnie,że to cholerne fajki. Spakowałam wszystko, wyrzuciłam popielniczkę i postanowiłam nie palić.

Naszło mi na odbycie spaceru, wybrałam się do sklepu oddalonego jakieś 3km pod pretekstem zakupu pidżam. Ruszyłam. Pogoda dziś była znośna, dość ciepło, choć pochmurno. Jak wielki to był wyczyn. Miałam wrażenie, że idę pod wiatr, w błocie po kolana a moje nogi są z gumy. Strasznie ciężko. Powrót był jeszcze gorszy, po drodze zakupy, kilka rzeczy w torbie. Robię zakupy codziennie przecież a teraz czułam jakbym niosła ołów. Masakra jakaś.Zapewne zamieniam się w tuptusia. Tuptuś to taki gigant co od lat popija regularnie trunki z najnizszej półki potocznie zwany żulem. Szłam do domu jak tuptuś. Gdy w końcu wtaszczyłam się na 3 piętro, jedyne czego chciałam to położyć się natychmiast. Ale przecież moja obowiązkowość się odezwała, ona kiedyś mnie zabije. Zrobiłam obiad chłopcom, makaron z sosem. Między czasie zadzwonił telefon w samym szczycie mojego złego samopoczucia i nastroju. Zgrzytnęło i się rozłączyliśmy. Wylądowałam na kanapie pod kocem i zasnęłam. W zasadzie budziłam się na chwilę i dalej lulu. Spaliłam dziś 6 fajek, przed chwilą był oczekiwany ostatni, ale jeszcze nie wiem jak będzie.

Ból pod lewą łopatką rozwala mi system. Pod lewym żebrem też coś pobolewa dziwnie. Miałam to jeszcze przed surową dietą, taki dziwny ucisk, potem był spokój, do teraz. Jest mi niezwykle zimno, mam dreszcze, więc cały czas grzeje mie termofor na przemian dłonie i stopy. Są lodowate. Uczucie głodu pojawia się od czasu do czasu, słony smak w ustach. Wody piję dziś mniej, miałam nawet odruch wymiotny. Jestem słaba. Najcudowniej jest spać bo wtedy mija wszystko szybciej.

Zdaje mi się, że brązowe plamki na dłoniach nieco zjaśniały i jakby zmalały. Czy to możliwe czy to tylko zwidy? Wyglądam na zmęczoną, choć twarz taka drobna wydaje się być bardziej dziewczęca.

O rety, na co ja się porwałam?…….

Dzień 5 postu

08.01.2020. Dzień 5

Waga 62,8 kg

Cóż, wygląda na to, że mój post odbędzie się na flegmie totalnej. Chyba na próżno wyglądam tej energii, nic takiego się nie dzieje, przeciwnie, jestem słaba.

Zasnęłam wczoraj wczeńnie tuż po 22:00 i obudziałam ok 4:00, do łazienki. Zasnęłam po powrocie.Póżniej ok 7 dobiegły mnie odgłosy w kuchni, ale dałam radę zasnąc jeszcze i ostatecznie po 9 zwlekłam się z łóżka. Nie było najgorzej,. Trochę zaschniętej śliny w gardle, lepsze samopoczucie. Posiedziałam chwilę na kanapie i naszło mnie na fajka. Jezuuuuu. To było złe. Myślałam, że zejdę. Słabo, zawroty głowy, otępienie. Dotarło do mnie, że to dziś, że to mój ostatni. Nic przez cały dzień, czasem myślę, ale nie ulegam.

W brzuchu burczy niesamowicie, nie czuję głodu, ale burczy. Jestem senna. Spałam jakieś dwie godziny aż do odrętwienia, a teraz zasnęłabym znowu choć jest 19:00.

Nie rozpiszę się dziś bo dziwnie boli mnie palec serdeczny prawej ręki, nie mogę pisać na klawiaturze. Ból jest wkurwiający. No fuck, niech to szlag, nie dam rady!

Dzień 6 postu / 1 wyjście

09.01.2020 Dzień 6/ Dzień 1 wyjście

Waga 63.1 Koniec. Postanowiłam wyjść, dlaczego o tym zaraz

Noc był okropna, zimno, dreszcze, ból dołu pleców i pośladków, nieznośny, nie mogłam się ułożyć. Obudziałam się o 4:10, walczyłam o dalszy sen ale ostatecznie tuż po 7 juz wstałam. Ból głowy i mdłości i to osłabienie. Czy to przełam kwasiczy?. Postanowiłam jakoś wyjść z domu, pójść niedaleko do sklepu po kilka rzeczy. Boże jakie to było ciężkie , spowolnione ruchy, bezwład rąk i nóg. Kiedy wróciłam do mieszkania nie byłam w stanie już nic. Wiedziałam, że to koniec, tak poczułam a przecież obiecałam słuchać siebie. Zadzwoniłam do Adama i powiedziałam o tym, by już się o mnie nie martwił.

Wycisnęłam sok z grejpfruta i zmieszałam z wodą pół na pół. Piłam maleńkimi łyczkami, był smaczny. Chyba w ciągu 10 minut poczułam poprawę, jakby więcej energii, ale mimo wszystko ruszyłam na drzemkę. Po niej jabłko rozcieńczone wodą. Tu też całkiem smacznie i słodko. Siły powoli wracają, głód jeszcze nie całkiem. Chyba jestem pocieszona no i nie palę. Obawiam się, że wraz z powrotem sił może powrócić chęć zapalenie i mam nadzieję, że będę umiała z tym zawalczyć.

Pochwaliłam siebie za wytrwałość. Dobra robota! Nie musiało się to kończyć planowo, nie za wszelką cenę.

Mój układ trawienny chyba budzi się powoli, jelita na pewno, trochę gazów, nie za dużo. To niestety działa na mnie jak alerm, lękam się, że nic się w tej kwestii nie zmieni i mój brzuch nadal będzie wzdęty. Boże pomóż. Jutro ciekawiej bo soki bez wody . Marzę o awokado, już niedługo, już niedługo

Dzień 7 / 2 wyjście

10.01.2020 Dzień 2 wyjście

Waga 62.3

Ranek bardziej łaskawy. Pierwszy sok po 10, jabłko i marchew. Smaczny nawet bardzo choć wcześniej wcale za nim nie przepadałam. Trochę mi zajęło zebranie się w tym imponującym tempie więc przyszła pora na kolejny sok, tym razem mój ulubiony pomarańcza i grejfrut. Kolejne zdziwienie, bo wypiłam go raczej mało chętnie. Nie smakował mi. Poszłam po wrzywa na kolejny sok, nadal powoli, wracając poczułam duże zmęczenie. Szpinak, natka pietruszki, ogórek, jabłko i…..burak. O kurwa jak ja nie znoszę buraka to tylko ja wiem. Zupa z buraka, sałatka tak ale nie sok. Wycisnęłam warzywa i po pierwszym łyku wryło mnie na maksa. Jaka pychotka!!! I ten burak mniam!!!

Dziwne prawda? Tak wiele może się zmienić w zaledwie 5 dni. Myślałam dużo o tym czy zrobiłam dobrze przerywając post ale za każdym razem bardziej obstawałam za tym że dobrze. Ciężko powiedziać co działoby się potem. Myślę, że tak skrajne wyczerpanie niejest niczym dobrym. Być może kolejna próba za jakiś czas zaowocuje sukcesem? Zobaczymy. Jeden sukces już jest. Nie palę! I mam zamiar ten stan utrzymać zdając sobie sprawę, że pewnie tu też będę miewała kryzysy. Myślę, że ostatnimi miesiącami udowodniłam sobie, że mam nad sobą kontrolę, że potrafię, umiem, zrobię.

Czuję przypływ sił, poprawę koncentracji, mniejsze zmęczenie. Jestem jak paprotka na parapecie, którą wreszcie podlano. Jestem chuda, moje oczy są pozbawione opadających powiek jakby przeszly lifting. Oddech nie odstrasza już, jest mi troszkę cieplej.

Jutro cudnie będzie bo gotuję wywar warzywny. Jestem ciekawa. Nie jadłam na ciepło od pazdziernika. Liczę na zachwycający lot pod sufitem.

Dzień 8 / 3 wyjście

11.01.2020 Dzień 3 wyjcie

Waga 63.4. Dziś dzień z tak wyczekiwaną zupą i oczywiście trzeba to było spierdolić. Kurkuma nie była dobrym pomysłem, całość zamieniła się w mdławą papkę. Wkroiłam awokado i dopiero jakoś zjadłam.

Sok ananas i grejfrut to pychotka tylko nie wolno przewalić z grejfrutem. Mam zdecydowanie więcej siły. Trochę poćwiczyłam na orbitreku, w sensie pochodziłam,myślę że jakieś 15 minut, potem kilka ćwiczeń jeszcze, jednym słowem nie zle.

Wiem, że ten czas głodu był zbyt krótki ale kilka ważnych zmian mimo to zaszło. Po pierwsze po zjedzeniu dłużej jestem syta, smaki działają inaczej, rzuciłam fajki i najważniejsze jelita się uspokoiły. Dziś zrobiłam lewatywę, troszkę się oczyściłam. I to w zasadzie tyle, nie wiem o czym tu jeszcze wspomnieć, piszę by pisać chyba. To wszystko.

Dzień 9 / podsumowanie

06.02.2020. PODSUMOWANIE I WNIOSKI

No to minął miesiąc od podjęcia przeze mnie próby postu wodnego. Co się działo na wyjściu jeszcze? Oj działo się! Wpadłam w korkociąg żywieniowy. Tyle pokus. Nie żebym pchała się od razu w jakieś niezdrowe rzeczy, ale dostawałam spazmów na widok awokado, banana. Ok, to zdrowe ktoś by powiedział ale czy oby na pewno w ilościach po 4-6 sztuk co 2 godziny? Warzywa na parze to juz w ogóle orgazm i kasza jaglana…..tak! Na widok krewetek miałam mokre skarpetki i buty od nadmiaru cieknącej śliny i to najciekawsze bo do tej pory sam rzut okiem kończył się odruchem wymiotnym. W przeważającej części nadal jestem RAW, ale dorzuciłam nieco gotowanych warzyw na parze, rybę na parze. Blender my friend! Banan, pomarańcza, kiwi, szpinak, daktyle jakie to pyszne!!! W zasadzie blenduję wszystko i wypijam z radością. Czasem skubnę coś nie zdrowego ale niestety mój organizm buntuje się niemiłosierną zgagą więc staram się nie sięgać po paskudztwa smażone, przetworzone itp. Słodycze….tu problem bo wcześniej tak nie miałam. Gorzka czekolada powinna znajdować się w sejfie, nie mogę się oprzeć ( zawsze jak już była tylko mleczna)

Waga wróciła do 67kg i trzyma się jak narazie. Co się poprawiło? Toaleta!!! Wypróżniam się rano i praktycznie po każdym posiłku ( 3 posiłki dziennie). Nic nie pływa w sedesie, jest takie jakie być powinno. Fenomenalne, nie sądziłam, że tak można cieszyć się z kupy. Gazy? To też się poprawiło choć jeśli przegnę z ilością jedzenia no to …. Sen poprawił się znacznie. Zasypiam szybciej niż wcześniej, śpię twardo. Brązowe plamki na dłoniach faktycznie zjaśniały i zmalały. To wszystko zaledwie po 5 pełnych dniach. Jeszcze miesiączka, miód malina wszystko ok

Tyle pochwał a teraz strzał w pysk bom głupia jak but. Po 10 dniach nie palenia znowu zaczęłam tyle tylko że dużo mniej niż zazwyczaj i z postanowieniem rzucenia znowu. Mam nadzieję, że sprostam.

Dużo myślałam o tych prawie 6 dniach nie jedzenia i wyciągnęłam kilka wniosków:

1. Nie palić! Na głodówce się nie pali!!!

2. Moczenie się w gorącej wodzie tylko pozornie jest ok, nie powinnam tego robić

3. Jeśli chcę spać to powinnam spać zamiast zbawiać świat i podrzucać drewna do domowego ogniska, jak zgaśnie to najwyżej zgaśnie i jak domownikom dupa zmarznie to rozpalą sami. To nie muszę być ja!

4. Ostatnia wieczerza z jajem to szit! Nigdy więcej takiego wejścia.

5. Nie mówię nikomu o tym co robię wówczas uniknę przesadnej troski, zdrowasiek nad głową i pytań jaką ewentualnie kreację do trumny wybieram. To zakrzywia myślenie i osłabia

6. Słuchać siebie to najważniejsze!

Z początkiem marca podejmuję kolejną próbę, tym razem jednak przygotuję się bardziej. Nie wiem czy i tym razem nie okaże się, że przestanę. Niczego nie zakładam, tak będzie najlepiej. Nadal czuję wewnętrznie ogromną potrzebę, jakbym miała coś dokończyć, być może tak jest. Z pewnością będzie o czym pisać i raczej nie będę zmieniać formy w jakiej to robię, no chyba że post zacznie zmieniać również moją osobowość.

PS Tak, gadałam z kimś mądrym o poście. Tak zrobiłam wyniki i tak będę monitorować ciśnienie i cukier co dzień będąc na poście. Ach i tak! Radek to fajny gość, dobra rozmowa, z pewnością nie ostatnia. Ahoj wszystkim poszukiwaczom 🙂

głodówka_wyjazd2020_post

10 dniowa głodówka

17.05.2020 – 29.05.2020 Wicie, Polska

You have Successfully Subscribed!